• Document: PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPIJSCY KLĄTWA TYTANA TOM 3
  • Size: 1.48 MB
  • Uploaded: 2019-07-20 19:06:23
  • Status: Successfully converted


Some snippets from your converted document:

PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPIJSCY KLĄTWA TYTANA TOM 3 ROZDZIAŁ I BARDZO NIEUDANA AKCJA RATUNKOWA W piątek poprzedzający ferie zimowe mama zapakowała mi do plecaka piżamę i szczoteczkę do zębów oraz kilka sztuk śmiercionośnej broni, po czym zawiozła mnie do nowej szkoły z internatem. Po drodze zabraliśmy moje koleżanki Annabeth i Thalię. Podróż z Nowego Jorku do Bar Harbor w stanie Maine trwa osiem godzin. Autostrada tonęła w śniegu z de-szczem. Nie widziałem się z Annabeth i Thalią od kilku miesięcy, ale śnieżyca i myśli o tym, co mieliśmy zrobić, nie sprzyjały rozmowom. Tylko mama gadała jak naję-ta. Zawsze tak ma, kiedy jest podenerwowana. Gdy wreszcie dotarliśmy do Westover Hill, robiło się już ciemno, a dziewczyny znały wszystkie wstydliwe opo-wieści o mnie z czasów, kiedy byłem małym dzieckiem. Thalia przetarła zaparowaną szybę okienną i wyjrzała na zewnątrz. - Rewelka. Będzie niezła zabawa. Westover Hall wyglądał jak zamek złego rycerza. Zbu-dowany z czarnego kamienia, miał wieżyczki i okienka strzelnicze oraz ogromną, dwuskrzydłową drewnianą bramę. Stał na ośnieżonym skalnym urwisku, z którego roztaczał się widok na oszroniony las z jednej strony i stalowoszary, sztormowy ocean z drugiej. - Na pewno nie chcesz, żebym zaczekała? - spytała mama. - Na pewno, mamo, dziękuję - odpowiedziałem. - Nie mam pojęcia, ile nam to zajmie. Damy sobie radę. - A jak zamierzacie wróćić? Będę się niepokoiła, Percy. Miałem nadzieję, że się nie rumienię. Wystarczającym obciachem było już to, że mama musiała mnie dowieźć na pole bitwy. - Wszystko będzie dobrze, proszę pani - Annabeth uśmiechnęła się uspokajająco. Na jasnych włosach nosiła narciarską czapeczkę, a jej oczy miały ten sam odcień co ocean. - Będziemy go pilnowały. Mama najwyraźniej rozluźniła się nieco. Uważa Anna-beth za najrozsądniejszą z grupy herosów, którzy dożyli ósmej klasy. Jest przekonana, że to ona zawsze chroni mnie przed nagłą śmiercią. W sumie ma rację, ale to jeszcze nie znaczy, że mnie też ma się to podobać. - Dobrze, słoneczka - powiedziała mama. - Macie wszy-stko, co trzeba? - Tak, proszę pani - odrzekła Thalia. - Dziękujemy za podwiezienie. - Może jednak jeszcze dodatkowy sweter? A macie numer mojej komórki? - Mamo... - Zabrałeś ambrozję i nektar, Percy? I złotą drahmę, w razie jakbyś musiał porozumieć się z obozem? - Mamo, daj spokój! Poradzimy sobie. Chodźmy. Wydawała się lekko urażona i poczułem się z tego powodu głupio, ale chciałem już wysiąść z samochodu. Gdyby mama opowiedziała jeszcze jedną historyjkę o tym, jak słodko wyglądałem w wannie, kiedy miałem trzy latka, zakopałbym się chyba w śniegu i zamarzł z rozpaczy. Annabeth i Thalia wysiadły za mną. Poczułem uderze-nie mroźnego wiatru, który przenikał przez moją kurtkę jak igiełki lodu. Kiedy samochód znikł nam z pola widzenia, odezwała się Thalia. - Ale masz super mamę, Percy. - Jest w porządku - przyznałem. - A ty? Masz w ogóle kontakt z matką? Pożałowałem tych słów, ledwie je wypowiedziałem. Thalia znakomicie umie posyłać zabójcze spojrzenia, co świetnie współgra z punkowymi ciuchami, które zawsze nosi -postrzępioną wojskową kurtką, czarnymi skórza-nymi i biżuterią z łańcuchów, smolistymi kreskami wokół oczu i tymi jej niesamowicie niebieskimi tęczówkami. Spojrzenie, które mi teraz posłała, biło rekordy złowieszczości. - Nie twój interes, Percy... - Chodźmy lepiej do środka - przerwała jej Annabeth. - Grover pewnie już czeka. Thalia spojrzała na zamek i wzdrygnęła się. - Masz rację. Zastanawiam się, co on tu takiego znalazł, że wysłał sygnał ratunkowy. Podniosłem wzrok ku mrocznym wieżyczkom górującym nad Westover Hall. - Pewnie nic dobrego - mruknąłem. Dębowa brama otwarła się ze zgrzytem i wszyscy troje weszliśmy do środka otoczeni wirującymi płatkami śniegu. Widok holu odebrał mi mowę. Sala była olbrzymia. Na ścianach wisiały sztandary wojenne i ogromna kolekcja broni: stare strzelby, topory bojowe i różne inne rzeczy. Oczywiście, wiedziałem, że Westover jest szkołą wojskową, ale ta wystawa wyglą-dała zabójczo. Dosłownie. Sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem Orkan - mój śmiertelnie groźny długopis. Czułem, że coś w tym miejscu jest nie w porządku. Czaiło się tu coś groźnego. Thalia pocierała srebrną bransoletkę, swój ulubiony magiczny gadżet. Wiedziałem, że myśli o tym samym co ja. O czekającej nas nieuchronnej walce. - Zastanawiam się, gdzie... - zaczęła Annabeth. Za nami zatrzasnęła się brama. - O-okej - wymamrotałem. - Chyba spędzimy tu chwilkę. Z drugiego końca korytarza dobiegały dźwięki muzyki. Najwyraźniej tanecznej. Schowaliśmy nasze plecaki z piżamami za filarem i ruszyliśmy przed siebie. Nie zaszliśmy daleko kiedy usłyszeliśmy kroki na kamiennej posadzce i przed nami pojawili się kobieta i m

Recently converted files (publicly available):